[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Otworzył książkę telefoniczną i wyszukał numer szpitala na Wolskiej. Po chwili poprosił do telefonu
doktora Otwinowskiego.
 Czy jakiejś nowej  szczęśliwej śmierci zawdzięczam miły skądinąd pański telefon?  zapytał.
 Jeszcze by tego brakowało  odrzekł kapitan.  Mam dość kłopotów z dotychczasową. Panie dok-
torze, podczas naszej ostatniej rozmowy wspomniał pan, że w Polsce zdarzył się już identyczny przypadek
otrucia z obecnym. Odzie, kiedy to było.
 Przed kilku laty w Lodzi. Otruł się tam syn lekarza. Szczegółów dowie się pan od doktora Wiśniew-
skiego z Zakładu Medycyny Sądowej Aódzkiej Akademii Medycznej. Jest to mój dobry znajomy i mogę go
uprzedzić o pańskiej wizycie.
 Byłbym wdzięczny za pomoc  poprosił kapitan.
Rozmowa z doktorem podnieciła wyobraznię kapitana. Okazało się, że Brzeska i Nowicka opuściły
Aódz przed ośmiu laty. Czy fakt ten mógł mieć jakiś związek z tym, że śmierć wskutek zażycia tej trucizny
stwierdzono również w Aodzi, jeszcze wtedy, zanim obie przeniosły się do Warszawy?"  myślał spiesząc
do kina, by kupić bilety.
X
Portier Zakładu Medycyny Sądowej w Aodzi na pyianie kapitana, gdzie znajduje się gabinet dokiora
Wiśniewskiego, spojrzał na niego i upewnił się:
 Czy pan kapitan Zawadka z Warszawy? Otrzymawszy odpowiedz usłużnie poinformował:
 Pan adiunkt za piętnaście minut skończy zajęcia ze studentami. Prosił, aby pan zechciał zaczekać,
ewentualnie w bufecie. To pierwsze drzwi na prawo za holem.
 Dziękuję, zaczekam  odparł kapitan. Dwadzieścia minut pózniej Zawadka był już w gabinecie dok-
tora Wiśniewskiego. Wysoki, starszy mężczyzna znał cel wizyty kapitana. Okazał się przy tym miłym ga-
wędziarzem.
 Kiedy dzwonił wczoraj doktor Otwinowski, powiedziałem, że będę do pana dyspozycji już od dzie-
siątej. Zupełnie zapomniałem o zajęciach z młodzieżą, i dlatego musiał pan na mnie czekać. Bardzo przepra-
szam. Teraz już nikt ani nic nam nic przeszkodzi.
 Zaparzymy najpierw kawę  doktor Wiśniewski zaczął wyjmować ze starej, masywnej, dębowej
szafy filiżanki, cukier i kawę  bo takiej jak u mnie nigdzie się pan nie napije.
Kapitan miał już podziękować i powiedzieć, że pił kawę w bufecie, ale wobec takiej gościnności doktora
nie wypadało mu odmówić.
 Mój znakomity kolega poinformował mnie  zaczął adiunkt, gdy aromatyczny zapach kawy z na-
pełnionych filiżanek rozszedł się po pokoju  że macie w Warszawie przypadek śmierci, którą spowodowa-
ła trucizna o nic wiadomo dlaczego tak ładnej nazwie. Muszę jednak panu powiedzieć, panie kapitanie, że
chociaż ona nic sprawia bólu i daje tyle szczęścia, sam nigdy bym jej nie zażył. Ale dosyć żartów. Więc
 szczęśliwa śmierć" pojawiła się u was, w Warszawie?
 Tak potwierdził kapitan.  I szczerze mówiąc nie bardzo do tej pory wiemy, kto ją sprowadził.
 Ja, panie kapitanie, jestem tu w Zakładzie prawie trzydzieści lat. Stykałem się z różnymi przypadka-
mi zabójstw i będę rad, jeśli moje doświadczenie na coś się przyda. Pan jest przede wszystkim ciekaw, jak
mi powiedział doktor Otwinowski, tej historii ze  szczęśliwą śmiercią" w Aodzi, prawda?
 Tak może nas naprowadzi wreszcie na jakiś ślad.
 Kto wie? Nigdy nie wiadomo, kiedy i z której strony przychodzi zło. Otóż  Wiśniewski usiadł wy-
godniej  była to bardzo przykra i kłopotliwa sprawa. Wmieszano w nią zacnego i szanowanego naszego
kolegę, świętej pamięci doktora Wacława Strążewskicgo. Znałem go jeszcze z okresu studiów, trochę się
nawet przyjazniliśmy. Do lat sześćdziesiątych pracował tu, razem i nami, w tym gmachu. Jego specjalnością
były choroby zakazne, niezle znał się na toksykologii. W tym zakresie występowa! jako biegły sądowy,
uważano bowiem doktora Strążewskiego za jednego z wybitnych ekspertów, jeżeli chodzi o przypadki za-
truć. Ale, jak to zwykle bywa, okrutny los prześladuje najczęściej dobrych ludzi. W pięćdziesiątym bodaj
ósmym roku Strażewski przeżył tragedię. Zginęła mu w nieszczęśliwym wypadku żona. Pozostał r.:v.vi z
synem Zbyszkiem, początkującym uczniem szkoły średniej. W sąsiednim szpitalu pracowała młoda lekarka,
wdowa z kilkuletnią córeczką. Po jakimś czasie uznali oboje, że łatwiej im będzie żyć i wychowywać dzieci,
jeżeli się pobiorą. Wkrótce polem do naszego resortu nadeszła z Sudanu propozycja zatrudnienia polskich
lekarzy, w tym także specjalisty chorób zakaznych. Zaproponowano wówczas Slrążewskiemu wyjazd. Zgo-
dził się. Odpowiadało to również i żonie. Nie tylko zc względów finansowych, ale tafcie osobistych. Chcieli
zapomnieć o przeżytych nieszczęściach, ułożyć jak najlepiej stosunki w nowej rodzinie. Poza tym Strążew-
scy uznali, że wyjazd wzbogaci ich wiedzę zawodową, rozwinie praktykę. Strążewska była lekarzem pedia- [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • blondiii.pev.pl