[ Pobierz całość w formacie PDF ]

żadne misteria. Przytoczyłem także ów rozdział z dziesiątej księgi Praw, który, jak przypusz-
czam, przekazuje pewne wspomnienia z dziecięcych lat Platona; matka opowiadała mu wtedy
baśniowe podania o bogach, ojciec zaś w dniach świątecznych, otoczony przez całą rodzinę,
składał nieśmiertelnym ofiary przy domowym ołtarzu.
Ale skoro już dotknąłem tu spraw religii, wypada pokrótce określić, jaka jest platońska
doktryna o istocie bogów i jakie wyznacza im miejsce w naszym świecie.
Chyba najpewniej odpowiada filozof na te pytania w dialogu pisanym już u schyłku życia,
a mianowicie w Timajosie. A trzeba też przypomnieć, że jednym z rozmówców w tym utwo-
rze jest właśnie Kritias! Osoba tytułowa dialogu, czyli sam Timajos, mędrzec i astronom
przybyły z miasta Lokroj w Italii, wykłada tam, co następuje:
Istnieje wieczny bóg, który stworzył świat jeden, materialny, widzialny, zbudowany z czte-
rech pierwiastków: z ognia, ziemi, wody, powietrza. Ten świat sam jest istotą żywą i zawiera
36
w sobie wszelkie istoty żywe; posiada kształt najdoskonalszy, a więc kuli, i porusza się wokół
siebie ruchem obrotowym; wyszedł z ręki boga i jest również bóstwem, a dusza jego znajduje
się w nim i wokół niego.
Bóg stworzył też w owym świecie słońce, księżyc i pięć planet; stworzył je z materii
ognia. Położył je na kulistych obręczach wokół ziemi, aby poruszały się po owych torach; na
pierwszej obręczy znajduje się księżyc, na drugiej słońce, na trzeciej Jutrzenka, na czwartej
Hermes, potem zaś kolejno cztery inne planety. A wszystkie owe ciała, poczynając od ziemi,
są istotami żywymi i boskimi. Czas zaś pojawił się w świecie dopiero wtedy, gdy one zostały
stworzone.
Prócz tych bóstw istnieją także inne bóstwa, o których wiemy dzięki starym legendom.
Bóstwa te są potomstwem Ziemi i Nieba; na ich czele stoją Zeus i Hera, potem zaś idą te
wszystkie, którym tak powszechnie cześć się oddaje. Otóż właśnie owym to bóstwom, zro-
dzonym, lecz nieśmiertelnym, polecił bóg-stwórca wykonać ciała innych istot żywych.
Jednakże natura istot żywych jest złożona, podwójna: co w nich boskie i nieśmiertelne, po-
chodzi od samego boga-stwórcy, co zaś śmiertelne, od bogów zrodzonych. Uczynił więc bóg-
stwórca tyle dusz, ile jest gwiazd; osadził każdą duszę na gwiezdzie i pokazał jej obraz
wszechświata. Potem zaś przekazał owe dusze bogom młodszym. Ci wykonali dla nich ciała i
mniej doskonałe części duszy.
Prawo zaś ustanowiono takie: która z dusz żyć będzie w ciele panując nad sprzecznymi
składnikami swej natury, ta znowu powróci na swoją gwiazdę i tam trwać będzie w szczęściu;
która natomiast ulegnie, narodzi się powtórnie, i to w ciele kobiety. Jeśliby zaś i w tym dru-
gim życiu błądziła, wstąpi w ciało zwierzęce, zależnie od swych uczynków; tak odradzając się
wciąż na nowo nie przestanie cierpieć, póki się nie oczyści i nie powróci do stanu, od którego
bieg swój zaczęła.
WIELOZCIANY
Odczytując na nowo dialog Timajos napotkałem w dalszym jego ciągu rozważania bardzo
zawiłe. Chodzi mianowicie o problem, jakiego to kształtu są cząsteczki owych czterech pier-
wiastków, z których zbudowany jest wszechświat. Otóż uczony Timajos najpierw ustala, że
podstawowa ich forma to zestawienia różnych trójkątów; a więc ścianki brył muszą być trój-
kątne. Następnie przeprowadza dowód, że elementy, a raczej cząsteczki ognia, są czworo-
ścienne, ziemi sześciościenne, powietrza ośmio-, a wody dwudziestościenne.
Cała ta partia dialogu wydaje mi się szczególnie trudna, zapewne z tej racji, że sam nigdy
nie celowałem znajomością zasad geometrii i arytmetyki. Przyznaję, się do tego z wielkim
żalem, dobrze bowiem pamiętam, że nad wejściem do Akademii widnieje prastary napis, wy-
ryty ponoć z polecenia samego Platona:
 Nie znającym matematyki wstęp wzbroniony.
Zapewne niegdyś przestrzegano tego zakazu; dziś nawet wykładający tam mistrzowie chy-
baby nie potrafili przeprowadzić poprawnego dowodu geometrycznego jakiegoś bardziej
skomplikowanego twierdzenia.
Właśnie gdy biedziłem się nad zrozumieniem tych rozdziałów Timajosa, powrócił do Oei
Poncjan; przez jakiś bowiem czas przebywał w jednym z majątków na wsi. Niezbyt miałem
ochotę znowu wdawać się w dyskusję o pożytkach małżeństwa z Pudentillą, bo sam już do-
brze i wszechstronnie przemyślałem tę sprawę. Zresztą od czasu historii z Tallusem pomiędzy
mną a panią domu nawiązała się nić cichego porozumienia. Byłem pewien, że potrafimy do-
prowadzić rzecz do szczęśliwego zakończenia bez cudzej pomocy, oczywiście gdy czas doj-
rzeje. Toteż kiedy Poncjan wszedł do mojego pokoju, od razu po pierwszych słowach powita-
nia zagadnąłem go, jak właściwie rozumie naukę Platona o budowie pierwiastków, a zwłasz-
37
cza jak sobie wyobraża owe bryły o ściankach trójkątnych. Poncjan również nie miał jasnego
obrazu figur geometrycznych. Znalazł wszakże wyjście nieoczekiwane. Powiedział, że jest tu,
w Oei, pewien rzemieślnik  ni to stolarz, ni to rzezbiarz  który wykonuje w swym warszta-
cie przedziwne przedmioty o wymyślnych kształtach.
Zaraz też tam poszliśmy, by sprawdzić, czy nie znajdzie się coś, co by przypominało wie-
lościany Timajosa.
TAJEMNICZA SPRAWA POS%7Å‚KA
Warsztat Korneliusza Saturnina mieścił się w uliczce wąskiej i mrocznej; był cały otwarty
na zewnątrz. Właściciel, starzec chuderlawy, o bardzo przenikliwym spojrzeniu, siedział tuż
przy wejściu na niskim stołeczku; pilnie coś majstrował, dopasowując cienkie deszczułki
bukszpanowe.
Stanąłem jak wryty, gdym ujrzał kunsztowne dzieła, ustawione na stole pod ścianami.
Były tam przeróżne figury znane z geometrii, płaskie i bryły o ścianach krągłych lub ostrych.
Były też rzezby, jedne maleńkie, inne wcale okazałe, wyobrażające bogów, ludzi, zwierzęta.
Doprawdy, Saturnin potrafił kształtować drewno niby glinę! Choć nie odnalezliśmy wśród
mnóstwa jego prac niczego, co by dokładnie odpowiadało owym cząsteczkom opisanym w
Timajosie, zrozumieliśmy od razu, że mistrz potrafiłby bez trudu odwzorować w drzewie
każdy wielościan zbudowany z trójkątów.
Pełen zachwytu dla talentu i umiejętności tego skromnego rzemieślnika wdałem się z nim
w dłuższą rozmowę, choć nie był to człowiek gadatliwy. Zapytałem, czy nie mógłby wykonać
dla mnie pewnej dość wymyślnej machiny; miał to być rodzaj zabawki, ale o poważnym,
niemal naukowym przeznaczeniu. Opracowałem projekt tego urządzenia jeszcze w Madaurze,
tam jednak nie mogłem znalezć odpowiedniego majstra. Tymczasem Saturnin w lot pojął, o
co chodzi i jak ma działać owa machina; obyło się nawet bez szkicu. Wyczułem, że ogromnie
mu się podoba praca tego typu, wymagająca sporo kunsztu i dowcipu. Nie tylko więc zgodził
się ukończyć rzecz szybko, ale jeszcze sam zapytał, czy nie potrzebowałbym posążka jakie-
goś bóstwa.
Zupełnie jakby czytał w moich myślach! Nim jednak zdołałem odpowiedzieć, do rozmowy
wtrącił się Poncjan:
 I po cóż ci taki posążek? Mało to mamy w domu? A jeśli już to wolałbym statuetkę nie z
drewna, lecz z metalu!
Wyjaśniłem Poncjanowi, że zwykłem zawsze mieć przy sobie podobiznę bóstwa; stawiam
ją w pokoju, w którym pracuję, i cześć oddaję, a w dniach świątecznych palę przed nią kadzi-
dło; kiedy zaś zmęczę się pracą myślową, w niej szukam odpoczynku. Wyjeżdżając z Madau-
ry nie wziąłem ze sobą żadnej statuetki, miałem bowiem nadzieję, że wnet dotrę do Aleksan-
drii i tam nabędę coś odpowiedniego, prawdziwie egipskiego, uświęconego tradycją wieków. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • blondiii.pev.pl